RSS
wtorek, 06 listopada 2007
Nareszcie powrót do Wrocławia!

Co nie znaczy, że czas tutaj spędzony poszedł na marne, a miasto nie jest warte uwagi. Przeciwnie! Po dwóch tygodniach spędzonych w Monachium dowiedziałem się że:

- niełatwo się zasymilować, gdy nie jest się bawarczykiem (choć cudzoziemców tutaj zatrzęsienie),

- ludzie są przyjaźnie nastawieni (we Wrocławiu będzie mi brakować uśmiechniętych i uprzejmych sprzedawców),

- nie ma prawie wysokościowców, bo mieszkańcy ich nie chcą,

- podobnie jak Transrapida,

- trudno się nie rozwieść, gdy wszyscy dookoła się rozwodzą, a wielkomiejskość podstawia pod nos pokusy,

- kapie bogactwem na każdym kroku,

- a cudzoziemcy próbują coś z niego uszczknąć dla siebie,

- to miasto z niesamowitą ilością bardzo interesujących muzeów, galerii, teatrów, orkiestr

- i jest tak pod tym względem rozpieszczone, że szef centrum olimpijskiego musi przekonywać władze, żeby włączyły się w organizację takiego np. MTV Music Awards, bo też doda Monachium splendoru,

- że jak nie trzeba, to lepiej nie kumplować się ze studentami marketingu

- że pełno tu zieleni i parków,

- że centrum miasta na weekend w nocy kompletnie się wyludnia, a taki np. kompleks dyskotek przy dworcu wschodnim - Kultfabrik przeżywa oblężenie

Oczywiście tego wszystkiego jest znacznie więcej. Od 12 listopada, czyli od następnego poniedziałku, będziecie mogli o tym wszystkim poczytać w krajowym i wrocławskim wydaniu „Gazety”.

Nie poznałem całej istoty miasta, tylko trochę się do niej zbliżyłem. Ale chyba też o to chodziło. Od Monachium możemy uczyć się wielu dobrych rzeczy, które powinny pojawić się we Wrocławiu. Na niektóre jednak powinniśmy uważać, bo nie wszystko tutaj jest takie kolorowe, jak by się mogło wydawać.

Dziękuję za kilkaset maili z podpowiedziami co zobaczyć w Monachium. Siłą rzczy nie udało mi się wszystkiego sprawdzić, ale wierzę, że to co najważniejsze, znajdziecie od najbliższego poniedziałku na łamach „Gazety”. Ciekawy jestem jak to, co zobaczyłem tutaj różni się od postrzegania miasta przez samych monachijczyków. Jeśli tu mieszkacie, piszcie do mnie! A jeśli mieszkacie we Wrocławiu dajcie znać, co chcielibyście zmienić w naszym mieście.

Bloga nie zamykam. Cały czas można na nim pisać.

(Ostatnie już) Pozdrowienia z Monachium!

Michał.

13:42, kokot.michal
Link Komentarze (9) »
niedziela, 04 listopada 2007
Polizei w Monachium jest gut

Poza całym dobrobytem w Monachium są też dzielnice, które cieszą się złą sławą. Sporo w tym przesady, bo – jak przyznają sami policjanci – nic tam za dnia ani nocy nie grozi. To zamieszkane w większości przez obcokrajowców mieszkania socjalne, w których się często pije. Zamiast wypielęgnowanych trawników niekiedy można spotkać zaśmiecone krzaczory. Ale to i tak lepiej niż w niektórych miejscach u nas.

Na osiedlu Hasenbergl Spotkałem dwoje sympatycznych z pozoru staruszków. Byli bardzo mili, ale i stanowczy. Gdy zapytałem ich co mi mogą powiedzieć o Monachium krótko stwierdzili, że w mieście za dużo jest obcokrajowców. A Willy stwierdził wręcz: „Wszędzie pełno tych czarnuchów”.

 

Nie ma się czemu się dziwić. Przecież i u nas można spotkać niekiedy z pozoru miłe starsze panie, które sypią wiązankami, gdy zakwestionuje się politykę Ojca Dyrektora. Na osiedlu Hasenbergl można też spotkać znudzoną młodzież, która z braku laku niszczy co popadnie. Dzisiaj spotkałem trzech młodych Turków, którzy grzecznie grali w karty przy coli. Nieufni wobec dziennikarzy, którzy zawsze przekręcają ich słowa, zdecydowali się porozmawiać z szacunku dla polskich chuliganów. Po dłuższej rozmowie przyznali się co prawda, że w młodszych latach byli dość wojowniczy (na zdjęciu efekt ich działalności: kilka lat temu zniszczyli cały plac zabaw tak, że ostała się ino ta kaczka i tak później przez nich pomazana).

 

Przyznają, że czasami dzieją się u nich różne cuda, a jeden nawet chce się wyprowadzić, jak będzie miał dziecko. Twierdzą jednak, że złote czasy przeminęły. Teraz największym problemem dla nich jest znalezienie pracy: gdy pracodawca dowiaduje się, gdzie mieszkają, grzecznie dziękuję im za przyjście na spotkanie. Mimo to wszyscy po wielu perypetiach jednak pracują: jeden z nich dostał pracę w BMW, drugi na kolei, a trzeci w Burger Kingu.

Najbardziej klnęli na policję. Że przyjeżdża codziennie wieczorem, zawsze każe im się legitymować i obszukuje ich.

Za to mieszkańcy, z którymi rozmawiałem, są z Polizei bardzo zadowoleni. Nawet zagraniczni studenci opowiadają, że jest inna niż w takim Stuttgarcie. Zdecydowanie bardziej przyjazna. Całkiem oficjalnie chwali się tym rzecznik monachijskiej policji, bo ma też powody. Na ponad 80 miast w Niemczech, które mają powyżej 100 tys. Mieszkańców (a Monachium jest trzecim co do wielkości miastem w całej RFN) Monachium otwiera dopiero szóstą dziesiątkę miast uszeregowanych według stopnia przestępczości. I pewnie dlatego słyszałem już od kilku mieszkańców Monachium, że to miasto to „taka mała wioska”, w której nic się nie może stać. Skąd taki sukces? Podobno polega on przede wszystkim na zgłoszeniach mieszkańców, którzy stale współpracują z policją (po naszemu: donoszą).

Monachijska policja jest też zdecydowanie bardziej otwarta dla prasy niż wrocławska: można zadzwonić o każdej porze z prośbą o informację, codziennie organizują też konferencje prasowe i gdy tylko mogą informują o szczegółach śledztw. A gdy kilka lat temu na Oktoberfeście policjant bił bez powodu jego uczestników, natychmiast pokazano, jak prowadzone jest śledztwo przeciwko niemu i wprowadzono dodatkowe testy psychologiczne dla wszystkich policjantów prewencji. Wśród naszej policji, gdzie dominuje syndrom oblężonej twierdzy, to jednak nie do pomyślenia.

 

Dzisiaj była też demonstracja przeciwko Transrapidowi z lotniska do centrum miasta, która ma pochłonąć 1,85 miliarda euro. Chociaż organizatorzy zgłosili na nią tylko 2,5 tysiąca osób, to przyszło ich 15 tysięcy!

 Z Z rozmowy z jej uczestnikami wynikały dziwne wnioski, sprzeczne same w sobie były nawet transparenty, które trzymali. Jedni twierdzili, że będzie szkodziła środowisku, inni że nie. Jedni mówili, że lepiej wydać te pieniądze na przedszkola w mieście, inni że na oddłużenie budżetu Monachium. Problem w tym, że miasto nie dokłada się w ogóle do jego budowy. Kasę daje rząd, land Bawarii i Deutsche Bahn.

Ale nie przeszkodziło to przerodzić się demonstracji w wielki wiec wyborczy (2 marca 2008 roku będą wybory lokalne). Politycy SPD i Zielonych krzyczeli, żeby nie oddawać głosu na CSU, który wymyśliła Transrapid, a publika była w euforii. U nas nawet na wiece wyborcze Tuska i Kaczyńskiego organizowało się małe sale, żeby pękały w szwach. Bo mogłoby się przypadkiem okazać, że Rynek będzie w połowie pusty. Brakuje nam trochę do tego społeczeństwa obywatelskiego jeszcze.

00:26, kokot.michal
Link Komentarze (2) »
czwartek, 01 listopada 2007
Monachium miastem wielkich imprez

Do Monachium zjechały się sławy tego świata na rozdanie MTV Music Awards. Dziwny to widok zobaczyć i przede wszystkim usłyszeć dwunastolatki piszczące i wrzeszczące „Chcemy Tokio Hotel!!!”. Spory tłum zebrał się ich dzisiaj pod halą olimpijską, w której trwa impreza. Kilkadziesiąt koczowało już od ósmej rano.

 

Impreza nie przeszła bez echa, wśród części mieszkańców wywołała kontrowersje. Teoretycznie podczas świąt zmarłych wszystkie imprezy są zakazane. Ale miasto uznało, że służy ona przede wszystkim reklamie, która ma trafić do młodych ludzi. MTV transmituje galę do 169 krajów. I tak to też się nazywa w oficjalnym komunikacie. Właściciele klubów się wściekli i też wywalczyli zgodę na otwarcie w czwartek klubów. Złożona ta z pozoru konserwatywna twarz monachijczyków.

Jutro rano spotykam się z prezesem spółki, która zarządza kompleksem olimpijskim. Może podpowie jakieś ciekawe rozwiązania dla nas? Jeśli oczywiście w końcu wygramy organizację dużej imprezy. Mamy już co prawda np. takie Futuralia, ale w Monachium jest tyle targów i wystaw, że niemal co tydzień coś się dzieje. Organizowane co cztery lata i z pozoru nie pasujące do wizerunku miasta światowe targi tekstyliów zebrały tyle ludzi, że ceny pokoi w hotelach skoczyły nawet o 250 proc. Na tym zarabiają wszyscy.

23:18, kokot.michal
Link Komentarze (1) »
środa, 31 października 2007
Co po Euro 2012?

Właśnie zaczął się mecz o Puchar Niemiec – Bayern Munchen kontra Monchengladbach. Na Allianz Arenie komplet– 69 tysięcy widzów. Niesamowity zespół i niesamowity stadion. Dla Wrocławia przez długi czas będzie to niestety nieosiągalne.

Nie mamy ani takiej drużyny ani nawet takiego stadionu nie będziemy mieć. Przy tym poziomie gry, jaki prezentuje Śląsk Wrocław i cała polska piłka nożna nie ma szans na jego zapełnienie. A przecież stadion ma służyć na całe lata, a nie tylko na jedno Euro w 2012 roku.

Allianz Arena została wybudowana w ciągu dwóch i pół roku. Mało o tym wiadomo, ale jego konstrukcję oraz trybuny budowała wrocławska firma Techma. Roboty skończyła na 6 tygodni przed planowanym terminem.

 

Budowa Areny kosztowała 278 milionów euro, a inwestycja zwróci się za 20 lat. Jednak wpływy z biletów to tylko część przychodów przedsięwzięcia. Na stadionie jest 65 tzw. loży dla firm, które za ich wynajęcie przez pięć lat płacą słone pieniądze. Rocznie zapewnia to stadionowi 14 milionów euro. Opinie na temat Allianz Areny są zresztą dość podzielone wśród samych monachijczyków. Część uważa, że to super nowoczesny stadion, a część, że jest głównie przeznaczony dla sponsorów i firm, które wynajmują loże (wśród nich m.in. Siemens, Microsoft, Allianz). Faktem jest, że pracownicy i goście tych ostatnich zajmują najlepsze miejsca na stadionie, a kibice muszą zadowolić się nieco gorszymi.

Niestety, nie mogłem w środku loży robić zdjęć, choć wyglądają naprawdę imponująco. W niektórych są perskie dywany i bardzo drogie meble. W każdym barek i miejsca dla zaproszonych przez firmy gości, z którymi podczas gry zawiązuje się intratne interesy. Do ich dyspozycji jest wielka restauracja i bar z wystawionymi cygarami najlepszej jakości.

Całością dowodzi Peter Kerspe, który mimo wszystko uważa, że stadion nie prosperowałby bez sportu.

 

Przestroga dla Wrocławia: stadion został skończony rok przed mistrzostwami świata, by przez cały sezon można było sprawdzić czy dobrze się sprawdza. Wyszło po drodze mnóstwo poprawek, jak np. zmiana zarządzania ruchem samochodowym i parkingami wewnątrz stadionu czy, wydawałoby się prozaicznym pozornie, systemem komunikacji wewnętrznej stadionu (czyli po prostu wiszącymi tabliczkami informacyjnymi).

Ciekawe, czy my zdążymy z naszym stadionem do 2011 roku i jak wykorzystamy go później. O organizacji wielkich koncertów chyba lepiej nie myśleć. Na Allianz Arena nie są one w ogóle organizowane – wymiana trawy za każdym razem pochłonęła by krocie.

21:25, kokot.michal
Link Komentarze (1) »
wtorek, 30 października 2007
Rzecz o komunikacji miejskiej

Chociaż krótko trzeba napisać o komunikacji miejskiej w Monachium, bo naprawdę jej organizacja może być dla Wrocławia wzorem do naśladowania. Dlaczego? Bo:

  1. Nigdy (albo prawie nigdy) się nie spóźnia
  2. Co parę minut można odjechać z większości stacji, czyli tam, gdzie równolegle biegnie nawet do kilku linii metra (U-Bahn) lub szybkiej kolei (S-Bahn)
  3. Bilety można kupić w automatach, które wydają nawet z banknotów.
  4. Na większości peronów są elektroniczne tablice, które informują jaka linia i za ile minut przyjedzie (jednak w przypadku autobusów i tramwajów to rzadkość – w końcu Monachium to nie Londyn J).

 

 

  1. Szybką koleją miejską i metrem można dojechać niemal wszędzie w promieniu 30 km od centrum.

 

 

  1. Ten sam bilet jest ważny na: metro, szybką kolej, autobus i tramwaj.

No i jak to się ma do Wrocławia? Tak, że u nas są co prawda automaty, ale rzadko gdzie, za to często zablokowane, nie wydają reszty, a o wsuwaniu banknotów można zapomnieć. Do tego mają od dwóch lat ośmieszające miasto fatalne tłumaczenia obsługi po angielsku i niemiecku. I nikomu się tego nie chce zmienić. Bo po co? Widocznie wszystko jest dla picu.

Mimo zrujnowanej infrastruktury kolejowej można u nas stworzyć szybką kolej miejską. Ale i tak na razie można odjeżdżać pociągami PKP Przewozy Regionalne z niektórych tylko stacji. A osobowe i tak się często spóźniają. Wyjdę na pieniacza, gdy wspomnę o tym, że niepełnosprawni, a nawet starsi ludzie nie mają szans do nich wsiąść. Ale w Monachium na takie rzeczy naprawdę zwraca się uwagę.

Monachium finansuje deficytową komunikację z zysku ze sprzedaży ciepła i prądu. Sieć jest rozbudowywana od 35 lat, od organizacji olimpiady. W ostatnią sobotę została otwarta kolejna stacja i kolejny, dwukilometrowy odcinek.

 

 

 

 

23:44, kokot.michal
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 29 października 2007
Monachijczycy: „Wolniej z tym postępem!”

Dzisiaj wtoczyłem się zły do hotelu padając z nóg. Przez cały dzień próbowałem umówić się z różnymi ludźmi, ale póki co niewiele wskórałem. Nikt z parku olimpijskiego na razie nie znajdzie dla mnie czasu, bo za kilka dni zaczyna się tam rozdanie MTV Music Awards. Wydział budowlany skierował mnie do wydziału planowania, którego służby prasowe nie istnieją w internecie. A izba handlowo-przemysłowa poradziła, żebym przeczytał sobie cieniutką broszurkę, w której informacji tyle, co kot napłakał.

Przed tym, że tak będzie z tą izbą handlowo-przemysłową ostrzegał mnie Michael - właściciel hotelu, w którym mieszkam. Twierdzi, że to zwykłe biurokratyczne darmozjady. Ale chwali sobie niemiecki Gewerbeamt, w którym założył swoją firmę w 3 minuty. Podobno wszystkie formalności – np. związane z numerem podatkowym czy ubezpieczeniem załatwia się tam. Od ręki. No a u nas to jest po prostu poza sferą marzeń!

Michael hotel otworzył dopiero we wrześniu, przed Oktoberfestem. Dziesięć dni później miał już pełne obłożenie. Chciał go znowu zamknąć, ale rozmyślił się. Podobno jedynie zima jest martwym sezonem, a najlepiej interes idzie jesienią (Oktoberfest i targi). W Oktobesrfest ceny skaczą jak szalone: gdy pokój w dobrym hotelu kosztuje zwykle 120 euro, to w święto piwa cena doby hotelowej może nawet wzrosnąć do 700 euro. Dla Monachium, w którym jest najwięcej hoteli pięciogwiazdkowych w Niemczech ma to ogromne znaczenie.

Właśnie. Ktoś pytał, dlaczego nie przyjechałem do Monachium w Oktoberfest. To proste: bo nie ma w nim niczego nadzwyczajnego, poza tym, że ludzie piją piwo od godziny jedenastej rano, jest strasznie drogo i wszędzie pełno pijanych turystów zza granicy. Na pocieszenie wrzucam zdjęcie z rozbieranej piwiarni, których kilka tygodni temu było pełno na Theresienwiese.

 

 Udało mi się za to załatwić spotkanie z szefem lotniska w Monachium, które zostało kilka lat temu rozbudowane. W ubiegłym roku przewinęło się przez nie 30 milionów pasażerów, a za trzy lata będzie ich prawie dwa razy więcej. Lotnisko jest ogromne, można kupić na nim wszystko i nawet wypić piwo w Hofbrauhaus, czyli takiej bawarskiej piwiarni. Pomiędzy starym i nowym terminalem na placu jest atrapa Transrapida, w którym Deutsche Bahn wystawia prezentację i przekonuje, że warto go zbudować w Monachium.

 

 

Transrapid to pociąg, który porusza się na poduszkach elektromagnetycznych. Do tej pory działają tylko takie dwa na świecie: jeden w Szanghaju (łączy lotnisko z centrum finansowym), a drugi jest odcinkiem testowym Deutsche Bahn w okolicach Bremy. Dzięki Transrapidowi droga z monachijskiego lotniska do dworca głównego ma trwać tylko 10 minut (dzisiaj ok. 40). Na tym odcinku rozwinie prędkość do 350 km/h, średnia to ok. 220 km/h. A dlaczego DB przekonuje do tego pomysłu monachijczyków? Bo są temu przeciwni. Nie przeczą temu, że dzięki niemu będzie się rozwijać szybciej lotnisko, a wraz z nim całe miasto. Ale dla konserwatywnych mieszkańców ten postęp jest za szybki. Cenią sobie spokój, a niedziele spędzają w tzw. Ogrodzie angielskim, który jest w centrum miasta i ma 13 km długości.

 

 

W sobotę planowana jest wielka demonstracja przeciwników Transrapida. Chodzi też o to, że budowa ma podobno szkodzić środowisku. Monachijczycy są bardzo obywatelscy. Licznie idą do wyborów, stosunkowo często biorą udział w referendach. Na przykład takie dwa: kilka lat temu zdecydowali, że budynki w mieście nie mogą być wyższe niż 99 metrów (takie są i tak tylko wokół obwodnicy, a i to budzi sprzeciw); wcześniej nie zgodzili się na budowę gigantycznego tunelu podziemnego dla metra w centrum miasta.

Teraz mieszkańcy Monachium mają wypowiedzieć się drugiego marca czy chcą budowy Transrapida. A tego samego dnia będą też wybory lokalne. Dlatego też tak ciekawie zachowuje się w tej sprawie niezwykle popularny nadburmistrz Monachium Christian Ude. Bo w ogóle nie zajmuje jasnego stanowiska. Podobno jest rozdarty pomiędzy swoją rolą menadżera miasta a polityka. Żeby było śmieszniej, to miasto nie dołoży do budowy ani eurocenta. Wart 2 miliardy euro projekt będzie finansowany z budżetu federalnego RFN i bawarskiego landu. Ale przez kontrowersyjną decyzję o budowie linii Ude może stracić wyborców. Sam oczywiście wygra w cuglach, ale jego SPD może nie mieć większości w radzie miejskiej. I tak Transrapid stał się gorącym tematem kampanii wyborczej.

Jutro kolejny dzień i kolejne spotkania. Mam nadzieję, że po wysłanych mailach do urzędów pojawi się wreszcie jakieś światełko w tunelu.

22:44, kokot.michal
Link Komentarze (4) »
niedziela, 28 października 2007
Weekend w Monachium

Bardzo dziękuję za maile z podpowiedziami co jeszcze zobaczyć w Monachium! Niestety nie na wszystkie mogę odpowiedzieć, ale każda informacja jest bardzo pomocna. Piszcie dalej, co warto jeszcze zobaczyć i z kim spotkać się w Monachium.

Wczoraj odwiedziłem wioskę olimpijską, która dla Niemców ma szczególne znaczenie. Miała pokazać światu, że Niemcy są ludźmi nowoczesnymi, otwartymi na świat i przede wszystkim, że są nastawieni do niego pokojowo. Do dziś wioska świetnie funkcjonuje – infrastruktura wykorzystywana jest pod rozmaite imprezy sportowe, ale nie tylko takie. W budynkach po sportowcach mieszkają dzisiaj studenci, a tereny zielone zamieniły się w ogródki piwne. Chodząc po wiosce natknąłem się na nowoczesnych monachijskich emerytów, którzy uprawiali nordic walking. No tak, u nas bawią się w to głównie – jakby powiedział Jacek Kurski – kawiorowe elity, a w Niemczech to powszechne zjawisko.

 

 

Obok wioski olimpijskiej jest główna siedziba BMW, a przy niej ogromny salon z najnowszymi modelami samochodów. Ciekawie rozwiązano problem zniecierpliwionych dzieci, które przychodzą z rodzicami. Gdy tatuś z mamusią oglądają błyszczące gabloty, dzieciaki grają w gry komputerowe albo uczą się bawiąc z jakich cząsteczek powstaje woda i co to jest elektroliza. Ciekawe, jak rozwiązano to w muzeach.

 

W monachijskim salonie można zobaczyć samochody, które właśnie zjechały z taśmy produkcyjnej. W Polsce tym modelem za 15 lat będą jeździć krótko ostrzyżone chłopaki w dresach.

Sobota to dzień, w którym całe Monachium wychodzi na zakupy. Na deptakach roi się od konsumentów taszczących pełne siatki. Największe oblężenie przeżywają sklepy z ciuchami. Podobno niekiedy trzeba czekać i 40 minut w kolejce do przymierzalni. Monachium odwiedzają wtedy nawet mieszkańcy oddalonych nawet o 100 km bawarskich miast. Gisela, którą spotkałem na dworcu przyjechała tu na cały dzień razem z dziećmi. Twierdzi, że w Regensburgu co prawda jest bardzo dużo sklepów, ale w Monachium wybór jest znacznie większy i przede wszystkim jest więcej nowości.

 

 

Niedziela już jest bardzo spokojna. Na ulicy są głównie turyści, którzy często mają okazję posłuchać na żywo muzyki klasycznej. W niedzielę na ulicach można spotkać wiele grających muzyków, którzy przyjeżdżają tu całymi zespołami.

15:22, kokot.michal
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 października 2007
Monachium: kupować, kupować, kupować

Wspominałem już o tym, że Monachium przytłacza na początku swoim bogactwem. Najlepiej widać to na Maximilianstrasse – ulicy, na której pełno sklepów najsłynniejszych projektantów mody, drogich salonów samochodowych i salonów fryzjerskich. Aston Martin, którego widzicie na zdjęciu kosztuje ponad 125 tysięcy euro.

   

Na Maximilianstrasse swój salon miał słynny monachijski projektant mody i ekscentryk Rudolph Moshammer. Moshammer został dwa lata temu zamordowany przez przygodnie poznanego kochanka, którego ściągnął z Mullerstrasse, gdzie jest pełno gejowskich klubów. Ale dla Monachijczyków śmierć Moshammera nie jest tak wielką zagadką, jak śmierć jego psa – suczki Daisy. Projektant mody zapisał w testamencie swój spadek schronisku dla bezdomnych, a drugą część swojemu psu. Tyle, że ów pies zdechł rok po jego śmierci, a spadkobiercą po Daisy został kierowca Moshammera. No i monachijczycy zastanawiają się teraz, czy za śmiercią Daisy nie stoi przypadkiem jej (i jej pana) szofer. Na zdjęciu poniżej: jeden z wielu sklepów na Maximilianstrasse dla osób z zasobnymi portfelami.

    

W Monachium za wszelką cenę trzeba bardzo dobrze wyglądać. Dotyczy to wszystkich: nawet mam z ich małymi dziećmi.

 

 

 

Dla Niemców, którzy przyjechali tu z innych miast jest to nie do przełknięcia. Uważają, że przez to monachijczycy są bardzo powierzchowni. Sebastian, który przyjechał ze wschodniego Rostocku i pracuje w oddziale federalnego ministerstwa finansów, twierdzi, że monachijskie kobiety są pod tym względem potworne. Nie ważne co facet ma w głowie, ważne co ma na głowie, na sobie i jaki samochód.

Anna Nikola, która pisze pracę magisterską na kierunku „Zarządzanie gospodarką”, mówiła mi, że życie studenckie w Monachium wśród jej grupy to bezustanny wyścig szczurów.

 

Studenci specjalnie kradną książki z bibliotek, żeby inni nie mogli się z nich uczyć i zdać egzaminu. Pracownicy marketingu są najlepiej opłacaną grupą zawodową w Monachium. Przyjaźnie studenckie są rzadkością, a na imprezy urodzinowe znajomych chodzi się z przymusu. Oczywiście trzeba dobrze wyglądać, bo nawet jak się pojawiasz na takich urodzinach to prezentujesz siebie jak markę. – Nawet, jeśli wiem, że mnie obgadają po moim wyjściu z imprezy, to muszę iść i robić dobre wrażenie. Nigdy nie wiesz, czy ta osoba nie zna kogoś, kto pomoże mi w mojej karierze. A dla mnie przyszłość jest bardzo ważna.

Przerażające, prawda?

12:19, kokot.michal
Link Komentarze (5) »
czwartek, 25 października 2007
Szczęśliwi ci, którzy znaleźli mieszkanie w Monachium
W Monachium od rana pochmurno i zimno. I tak ma już być przez cały dzień. Wczoraj udało mi się w nocy wrócić do miasta jeszcze przed drugą w nocy, gdy zaczynał się strajk maszynistów. Jeszcze raz mogłem przekonać się, jakim dobrodziejstwem jest sieć połączeń szybkiej kolei i metra. Można dojechać wszędzie w promieniu 30 km od miasta. Życie we Wrocławiu byłoby znacznie prostsze, gdybyśmy i my mieli taką szybką kolej miejską. Wtedy nie trzeba by było rano jechać ponad godzinę np. z Psiego Pola do centrum. Wracałem od polskiej rodziny w Eching – to jakieś 20 kilometrów od Monachium. Pochodzący z Katowic Hojarscy od kilkunastu lat tam mieszkają, wcześniej żyli we Frankfurcie, a od lat 80-tych do wojny w Zatoce Perskiej w Kuwejcie. Ciekawe rzeczy opowiadali o miłych i dość otwartych na obcych monachijczykach. Monachium ma jeszcze większy problem niż Wrocław z mieszkaniami. Nie dość, że są horrendalnie drogie, to i tak bardzo trudno znaleźć coś wolnego. Monika ze Zgorzelca, gdy przyjechała tutaj w 2000 roku wygrała casting na mieszkanie, do którego stanęło 40 osób. Właściciel dokładnie sprawdzał każdą pozycję w jej życiorysie. Ubieganie się o wynajem mieszkania przypomina ubieganie się o pracę. Dla studentów, których tutaj mieszka ponad sto tysięcy, wybudowano naprędce specjalne mieszkania. Ciasne klitki mają ponoć nawet bardzo prowizoryczne łazienki, które przypominają toalety Toi-Toi – łazienki są całe z plastiku. Koniecznie muszę to jeszcze zobaczyć. Na peronach metra reklamówki telewizyjne. Jedna zwłaszcza przykuła moją uwagę. „Opłać abonament telewizyjny. To będzie dobre dla Bawarii”. Czy to takie zagranie na nucie patriotycznej Bawarczyków? Ciekawe czy wrocławian, jak wynika z sondaży, dumnych ze swojego miasta, takie hasła reklamowe by przekonały. Dzisiaj czeka mnie jeszcze niestety bieganie po urzędach z prośbą o różnego rodzaju statystyki. W Polsce jest prościej. U nas można wszystko załatwić w jednym miejscu, tu trzeba za każdym razem chodzić do osobnego wydziału. Choć kolejarze strajkują, to metro jeździ. Może uda mi się dojechać dzisiaj do wioski olimpijskiej i zobaczyć, jak jest wykorzystywana po 35 latach od olimpiady.
10:46, kokot.michal
Link Komentarze (4) »
wtorek, 23 października 2007
Pierwszy dzień w Monachium
Bogactwo Monachium rzuca się w oczy od razu po przyjeździe. Wysiadłem koło wielkiej podświetlonej Allianz Areny – stadionu Bayernu Monachium, który został oddany rok przed mistrzostwami świata w piłce nożnej. Dzisiaj należy już tylko Bayernu, bo choć dołożył się do niego drugi monachijski klub – 1860, to dzisiaj jest tam tylko dzierżawcą. Popadł w takie długi, że musiał odsprzedać swoje udziały Bayernowi. Nawiasem mówiąc kibice obu drużyn niezbyt za sobą przepadają. Ciekawe czy Wrocław zdąży w 2011 oddać swój stadion. Centrum miasta trochę mnie na początku oszołomiło. Niewiarygodnie piękny ratusz na Marienplatzu, wypięlegnowane kamienice (przynajmniej te, które pozostały po wojnie). Dużo nowoczesności. Co 500 metrów przystanek metra, na ulicy nie ma auta starszego niż cztery lata. W autobusie do Monachium jechałem z Polakami, którzy zmierzali do pracy – legalnej, półlegalnej, albo tej trzeciej. Na którymś z przystanków w Niemczech ożywiona dyskusja polityczna po wyborach: „Dobrze, że Kaczyńscy przegrali! Chwalili się, że ekonomia idzie dobrze. Nie dziwne, że idzie, bo to my przywozimy do kraju te 30 miliardy złotych!” – denerwowała się jedna dziewczyna ze Śląska, choć z tą sumą to grubo przesadziła. W mieście Polaków ani widu ani słychu, choć na deptakach handlowych, których tu pełno, przewijają się inne słowiańskie języki. W sklepach i restauracjach wśród personelu sporo Turków. W ponad milionowym mieście jest ich 100 tys. Średnio co czwarty mieszkaniec Monachium to obcokrajowiec. Podobno konserwatywnym monachijczykom to nie przeszkadza. Miasto, które ma pięciomilardowy budżet (euro oczywiście) regularnie remontuje zaniedbane mieszkania socjalne, w którym żyją imigranci. Żeby nie doprowadzić do gett etnicznych w tych samych budynkach kwaterowani są np. Niemcy, którzy czekają na mieszkania socjalne.Monachium to jedno z niewielu wielkich miast w Niemczech, które może pochwalić się bardzo niskim stopniem przestępczości. Opowiada mi to późnym popołudniem Jan Bielecki, dziennikarz Suddeutsche Zeitung (Niemiec z polskimi korzeniami). Okazuje się, że jest nawet pewne podobieństwo pomiędzy prezydentem Wrocławia i nadburmistrzem Monachium. Christian Ude należy do SPD i rządzi niepodzielnie miastem od 1993 roku. Wygrywa w cuglach każde wybory, postępuje wbrew linii partii i prowadzi swoją własną politykę w mieście. Mimo to bardzo ciągną go do Bundestagu, ale mu się to nie uśmiecha. Bezpartyjny Dutkiewicz ma co prawda krótszy staż, ale też go ciągną. Jutro znowu wizyta w urzędzie i spotkania z Polakami, którzy tu mieszkają i pracują od co najmniej kilku lat. Mam zamiar wyrwać się z centrum i zobaczyć wioskę olimpijską z 1972 roku. Podobno jest do dziś bardzo dobrze wykorzystywana. A poza tym olimpiada dała miastu 35 lat temu świetnie powiązaną ze sobą komunikację publiczną – metro z kolejką miejską i tramwajami. Ech, gdybyśmy tylko dostali to Expo... A może Wy macie pomysł co warto jeszcze zobaczyć w Monachium? Czekam z niecierpliwością na podpowiedzi.
23:43, kokot.michal
Link Komentarze (3) »